— Nagrałam się już dosyć — odpowiedziała z goryczą.
— Niech-że mi pani nie wymawia, przecież-to pierwszy rok pani na scenie, nigdzieby pani nie dali ról wielkich od razu.
— O! już się nie będę starać o nie.
— A ja sobie uplanowałam, że w Płocku będzie pani mieszkać razem z nami, to i dla pani lżejby było i moje dziewczątko mogłoby więcej na tem skorzystać. Niechże się pani namyśli, już ja pani zaręczam, że i role będzie pani dostawać.
— Nie, nie! Mam dosyć nędzy, a już mi brak zupełny sił do znoszenia jej dalej i zresztą nie mogę, nie mogę — odpowiedziała cicho, ze łzami w oczach, bo ta propozycya błysnęła przed nią niby światłem, lepszą przyszłością i zbudziła na chwilę dawny zapał i marzenia o tryumfach, ale zaraz jej na myśl przyszedł stan obecny i te cierpienia, jakieby ją musiały spotkać z tego powodu, więc jeszcze mocniej dodała:
— Nie mogę, nie mogę! — Ale łez powstrzymać nie mogła, płynęły cichym strumieniem po twarzy, aż się Cabińska przysunęła bliżej i szepnęła ze szczerem współczuciem;
— Na Boga! co pani jest? Niech mi pani powie, może się co zaradzi.
Na odpowiedź Janka zarumieniła się słabo, uścisnęła jej mocno rękę i śpiesznie wyszła z cukierni.
Dusiły ją łzy, dusiło ją życie.
Stanisławski przyszedł zaraz do niej i namawiał do wyjazdu ze sobą na małą prowincyę. Zakładał towarzystwo z ośmiu do dziesięciu osób, na działy. Oddawał Jance pierwsze role amantek i gorąco opowiadał o powodzeniu pewnem w powiatowych miastach. Wyliczał, kogo angażował, sama młodzież, adepci i adeptki, pełno sił, zapału i talentu i obiecywał sobie, że ich poprowadzi śladem prawdziwej sztuki, że to będzie prawie szkoła dramatyczna i on będzie ich nauczycielem i ojcem prawdziwym, który stworzy z tych ludzi prawdziwych artystów, godnych teatru i tradycyi jego.