Przywitała Jankę z przesadną serdecznością.
— Taki tu kurz, że nie do zniesienia. Niech tylko niania ostrożnie pakuje, żeby nie pognieść bardzo sukien. Chodźmy na ulicę — powiedziała, ubierając się w okrycie i kapelusz.
Pociągnęła Jankę do tej swojej cukierni i tam przy czekoladzie zaczęła Jankę przepraszać za męża.
— Niech mi pani wierzy, że dyrektor był tak wtedy rozdrażniony, że nie wiedział wprost co mówi. Nic dziwnego, stara się, zastawia własne rzeczy, byle towarzystwu na niczem nie zbywało, a tu mu taki Topolski robi kawały i rozbija towarzystwo. To święty straciłby cierpliwość i zresztą sam Topolski powiedział mu, że pani jedzie z nimi.
Janka nic nie odpowiedziała, bo było jej to zupełnie obojętnem, ale kiedy Cabinska powiedziała jej, że już po południu wyjeżdżają do Płocka i niech natychmiast idzie spakować rzeczy, bo furmanki zaraz po nią przyjadą, odpowiedziała stanowczo.
— Dziękuję za życzliwość dyrektorowej, ale nie pojadę.
Cabińska prawie nie wierzyła swoim uszom i zawołała zdumiona:
— Już się pani zaangażowałaś! i do kogo?
— Nigdzie, ale nie będę się angażować.
— Jakto! rzucasz pani scenę? pani, co masz przyszłość przed sobą!