Teatrzyki cisza zalegała śmiertelna.

Sceny były pozabijane deskami, garderoby i wejścia pozamykane na głucho, na werandach stały połamane krzesła i rupiecie.

Liście drzew leciały na ziemię, a strzępy afiszów ostatnich szeleściły smutnie na wietrze.

Sezon się skończył.

Nikt już tutaj nie zaglądał, bo wędrowne ptactwo zabierało się do odlotu, tylko Janka siłą przyzwyczajenia przychodziła jeszcze, spoglądała przez chwilę na pustki i powracała.

Cabińska napisała do niej list bardzo serdecznie, zapraszający do siebie.

Poszła.

Pakowano się już do drogi.

Ogromne kufry i kosze stały na środku pokojów, pełno najrozmaitszych utensyliów scenicznych, razem z materacami i siennikami leżało na podłodze, cały kram obozowego życia uderzył ją na wstępie.

W pokoju Cabińskiej nie zastała już ani wieńców, ani mebli, ani pawilonu z łóżkiem; nagie ściany świeciły tynkiem poodbijanym w pośpiesznem zdejmowaniu obrazów i wyrywaniu haków. Długi kosz stał na środku i niania, spocona w wysiłku, pakowała w niego garderobę Pepy. Cabińska, z papierosem w ustach, dyrygowała pakowaniem i krzyczała ciągle na dzieci, tarzające się z uciechą po materacach i słomie rozrzuconej przy pakach.