— Dzień dobry, dyrektorze! zawołała jedna z filarów teatrzyku, Majkowska, aktorka przystojna, w jasnej sukni, w jasnej jedwabnej okrywce, w białym kapeluszu z ogromnem strusiem piórem. Była różowa od wypoczynku nocnego i od niedostrzegalnej warstewki różu. Oczy miała wielkie, ciemnobłękitne, usta pełne i ukarminowane, twarz klasyczną i bardzo dumne ruchy. Grywała pierwsze role.
— Chodź-no dyrektor, mam interesik...
— Zawsze na usługi pani. Może pieniędzy?... — rzucił frasobliwie dyrektor.
— Tymczasem... nie. Co dyrektor pije?
— Ho! ho! poleje się tutaj czyjaś krew! — zawołał, podnosząc komicznie rękę do góry.
— Co dyrektor pije, pytam się?...
— Bo ja wiem. Wypiłbym koniaku, ale...
— Boisz się pan żony?... Nie gra przecież w Nitouche.
— To pewne, ale...
— Dwójka!... koniak i przekąska.