Towarzystwo schodziło się powoli. Witali się w milczeniu i rozchodzili po ogródku.

— Dobek! — zawołał reżyser na wysokiego mężczyznę, idącego wprost do bufetu — chlapiesz od rana, a na próbie nic cię nie słyszę, suflujesz pod psem!...

— Reżyserze! miałem taki sen: Noc... studnia... potykam się... lecę w głąb... Strach mnie ścisnął... krzyczę... ratunku niema... chlup!... jestem w wodzie... Brr!... tak mi teraz zimno, że niczem się rozgrzać nie mogę.

— Nie zawracaj swoimi snami. Pijesz od rana do nocy.

— Bo nie mogę pić, jak wszyscy: od nocy do rana. Zimno... obrzydliwe zimno!...

— Każę ci dać herbaty.

— Jestem zdrowy, panie Topolski, a ziółek używam tylko w chorobie. A herbu teus, team, czy herbateum... ziółka! Moszcz... wyciąg, pierwiastek żytni, to godne tylko pełnego człowieka, a za takiego mam się honor mieć, panie reżyserze.

Wszedł dyrektor, a Dobek poszedł do bufetu.

— Obsadziłeś Nitouchę? — zapytał reżysera po przywitaniu.

— Jeszcze niezupełnie. Te baby, to... są trzy kandydatki na Nitouche.