W parę minut była już gotową do występu.

Janka wyszła za nią i usiadła na wprost estrady, Wolska, rozgorączkowana pośpiechem, zapinając jeszcze ostatnie guziki i haftki, ukazała się na estradzie, długim ukłonem witając publiczność. Muzykant uderzył w żółte klawisze i wraz rozległ się śpiew:

Raz na pniu między dębami,

Siedziały sobie turkawki,

I nie wiem dla jakiej zabawki

Całowały się dziobkami.

Brzmiała stara, sentymentalna, piosnka z Krakowiaków i Górali, przerywana tylko częstemi brawami, stukiem kufli, brzękiem talerzy, trzaskaniem drzwi i strzałami w strzelnicy. Latarnie rozsiewały jakieś mętne, brudne światło; dziewczyny w białych fartuchach, z pełnemi rękami kufli, przesuwały się pomiędzy stolikami, liczyły głośno należność, rzucały z brzękiem resztę, wdzięczyły się do pijących i cyniczne rzucały uwagi i odpowiedzi zaczepiającym je... Śmiechy rubaszne, dowcipy grube, żarty rynsztokowe wypryskiwały niby race i odpowiadał im zaraz szeroki, bezmyślny śmiech.

Publiczność wyrażała swoje zadowolenie ze śpiewu krzykiem, wybijaniem taktu laskami i stukaniem kuflami. Chwilowo wiatr zupełnie pokrywał śpiew, albo z szumem zginał nędzne drzewka i siał pożółkłymi liśćmi na głowy i na estradę.

„Raz nam się krówka ganiała”

Śpiewała dalej Wolska. Jej czerwony hecarski strój, głęboko wycięty na piersiach, odrzynał się jaskrawą plamą z niebieskiego tła głębi i doskonale uwydatniał chudą, grubo malowaną twarz, oczy wpadnięte i podsinione, rysy ostre, niby trupia twarz głodomora. Kołysała się ciężkim ruchem w takt piosenki: