Taka mnie miłość przejęła —
Żem Stacha czule ścisnęła.
Głos się rozlewał głucho i wlewał niby warczenie w ten gwar pijacki knajpy.
Śmiechy brutalne zrywały się ostremi, przenikającemi gamami, te brawa, wyrzucane przepitymi gardzielami niedzielnej publiczności, przerywane czkawką, strzelały głuchą, chrapliwą wrzawą ku estradzie razem z krwawemi szyderstwami, jakich nie szczędzono śpiewaczce.
Ale ona nic nie słyszała, śpiewała obojętna na wszystko i zimna; wyrzucała z siebie śpiew, słowa, mimikę, z automatycznością zahypnotyzowanej, tylko chwilami szukała wzroku Janki, i jakby błagała o litość.
Janka bladła i siniała naprzemian, nie mogąc już wytrwać w tej przesyconej alkoholem atmosferze i w tym zgiełku pijackim, który ją przenikał wstrętem i obrzydzeniem.
Umrzeć raczej — myślała. — O nie, nie umiałaby bawić tej publiczności, plunęłaby jej w oczy i sama siebie spoliczkowała, a potem — choćby do Wisły!
Wolska skończyła piosnkę, a ten jej partner, wystrojony w kostyum krakowski, obchodził pijących z nutami w ręku. Uwagi mrożące cynizmem i brutalną szczerością, rzucano mu w twarz; uśmiechał się tępym uśmiechem nałogowego pijaka, ściągał nerwowo usta i kłaniał się pokornie za te dziesiątki, które mu rzucano na nuty.
Wolska z przymkniętemi oczami stała obok fortepianu, skubała nerwowo złoty galon u stanika i z jękiem, bolesnem natężeniem obliczała w duszy ilość miedziaków, które położył razem z nutami obok niej. Grajek uderzył znowu w klawisze i zaczęli teraz już we dwoje śpiewać jakieś komiczne kuplety, przeplatane rodzajem krakowiaka, którego tańczyli prawie sennie.
Janka zaledwie się doczekała końca i nie mówiąc nic o wrażeniu, jakie wynosiła z tej knajpy, pożegnała się z Wolską i uciekła prawie z tego ogródka, od tej publiczności i od tego poniżenia.