Noc szła wolno, dom przycichał, światła kolejno gasły w długich szeregach okien, milczenie zalegało coraz głębsze, aż wszystko utonęło w jakimś spokoju sennym, tylko w bramie dźwięczał kiedy niekiedy dzwonek a z ulicy dochodził turkot dorożek.

Szarzało już i świt zaczął zwolna rozbielać przestrzenie i wyłaniać z siebie słabe zarysy dachów, kiedy ocknęła i obejrzała się po pokoju, poczuła się zupełnie zdeterminowaną, porwała się z krzesła i pchana jakąś myślą, która jej oczy dziwnym rozświeciła ogniem, szła prędko ku drzwiom, ale trzask klamki, którą przycisnęła, przeniknął ją takim dziwnym, ostrym strachem, że zadygotała, oparła się o futrynę i dyszała przez chwilę ciężko, wreszcie po cichu ściągnęła buciki z nóg i już śmiało, ale z największą ostrożnością przeszła przedpokój, i znalazła się w dużym pokoju, przylegającym do kuchni, w którym jadano i który służył za pracownię w dzień, a sypialnię uczenic w nocy. Ogarnęło ją duszne, okropnie ciężkie powietrze. Z wyciągniętemi rękami i powstrzymywanym oddechem posunęła się ku kuchni tak wolno, że się jej wydał ten czas całą wiecznością. Przystawała na chwilę i opanowując drżenie, to okropne drżenie, słuchała głośnych oddechów i sapań śpiących i znowu szła, zaciskając zęby jakąś rozpaczliwą siłą. Pot wysiłku i strachu zalewał jej oczy, a wolne i niezmiernie boleśne bicie serca czuła prawie w gardle. Drzwi do kuchni były uchylone, przesunęła się przez nie jak cień i potknęła się o łóżko służącej, które stało zaraz przy drzwiach. Zmartwiała z przerażenia i długo stała bez ruchu i bez oddechu, z zawieszonem prawie życiem, ogłupiałym wzrokiem wpijając się w ledwie odczuty w ciemnościach zarys łóżka, ale zbierając cały zapas sił i odwagi poszła śmiało do półek, na których stały rozmaite sprzęty kuchenne —obmacywała je z największą ostrożnością po kolei, aż wreszcie namacała płaską, czworokątną flaszeczkę z esencyą octową; widziała ją tutaj kilka godzin temu, i znalazłszy teraz, tak gwałtownie wyjęta ją z pośród innych przedmiotów, że jakaś blaszana pokrywa z brzękiem spadła na podłogę. Janka bezwiednie pochyliła głowę przerażona, bo ten brzęk rozległ się takiem echem w jej mózgu, jakby świat się walił na nią.

— Kto tam? — zawołała służąca, przebudzona hałasem — kto tam? — powtórzyła głośniej.

— To ja... przyszłam się wody napić... — odpowiedziała Janka po długiej chwili zdławionym głosem, nerwowo przyciskając flaszeczkę do piersi. Służąca mruknęła coś niewyraźnie i nie odezwała się już więcej. Janka jakby gnana przez furye szaleństwa, nie dbając już czy ją kto usłyszy, czy zbudzi kogo, pobiegła do swojego pokoju, zamknęła się na klucz i dopiero wtedy upadła na pół żywa z wyczerpania i tak się trzęsła cała, że się jej wydawało, że się rozleci; łzy, których nawet nie czuła, zaczęły płynąć strugami po jej twarzy. Sprawiło to jej taką ulgę, że usnęła. Rano Sowińska znowu jej przypomniała wyprowadzkę i najbrutalniej otwierając drzwi przed nią, kazała jej się wynosić. Janka ubrała się śpiesznie i nie odpowiadając ni słowem wyszła na miasto.

Chodziła ulicami, czując tylko swoją bezdomność i ten jakiś wir, w którym mózg jej tonął coraz głębiej. Przeszła Nowy-Świat, Aleje Ujazdowskie i zatrzymała się dopiero w Łazienkach, nad stawem.

Drzewa stały obumierające i pożółkłe liście zaścielały złotawym kobiercem drożyny. Cisza dnia jesiennego wisiała w powietrzu, czasem tylko banda wróbli przeleciała ze świergotem, albo łabędzie krzyczały żałośnie i długo biły skrzydłami w brudno-zieloną toń wody, jakby w aksamit wyszarzany.

Wszędzie widać było żółtą, rozkładającą wszystko życie jesień; gdzie tylko musnęła drzewa, tam liście schły i leciały, trawy czerniały, a ostatnie kwiaty astrów jesiennych schylały martwe główki i ociekały rosą, niby łzami pośmiertnemi.

— Śmierć — szeptała, ściskając tę flaszeczkę, zdobytą w nocy i usiadła może na tej samej ławce, co na wiosnę i zdawało się jej, że zasypia zwolna, że myśli jej pełzną, bo świadomość jej zaczynała się rozprzęgać, i przestawała już czuć i wiedzieć.

Oblatuje z niej wszystko i obumiera, jak ta przyroda wkoło niej, co zdawała się także dogaszać i dyszeć ostatniem tchnieniem.

Rozkosz pełna spokoju i ciszy napełniała jej serce, bo wszystko znikało z pamięci; wszystkie nędze, wszystkie zawody i walki wszystkie zacierały się, bladły i rozpraszały jakby wypijane przez to blade, jesienne słońce, co nad parkiem wisiało; nie, ona ich nigdy nie przechodziła, ona nigdy nic nie czuła i nie cierpiała nigdy... Wydało się jej, że robi się taką małą, taką nikłą, jak to kolisko wody rozbite, piersią łabędzią, co się rozpłaszczy zaraz, co już nawet ginie w niedostrzegalnem drganiu, że się jakoś zawinęła w sobie i zmniejsza się, kurczy, że jest jak ten liść zawieszony na kolcach drutu ogrodzenia, który szemrze niedosłyszalnie, drży i zaraz się przeważy i zaraz go ten lekki powiew wiatru strąci tam...w przepaść... w śmierć... To znowu że się rozstrzępia niby ta pajęcza przędza, co omotała trawniki, co lśniącemi strzępami płynie w powietrzu; że się rozciąga w takie pasma, we włókna coraz subtelniejsze i przestaje już czuć rozmotana w nieskończonościach. To ją ogromnie rozrzewniło, dziwna, dla siebie samej czułość przepełniła jej serce łzami żalu.