— Jaka biedna!... jaka nieszczęśliwa!... — szeptała, jakby o kimś innym, którego cierpienia odczuwa i boleje nad niemi okropnie; spazm bólu niewypowiedzianego ściskał jej serce i rozgniatał w męce prawie nieosobistej.

Dusza jej tak rozkładała się w agonii, że już teraz nie ma pełnego pojęcia, jakie to nędze ją zmogły? Jakie nieszczęścia rozbiły? Czemu płacze? Kto ona jest?

— Śmierć! — powtarza odruchowo i słowo to znajduje nieświadomy a głęboki oddźwięk w jej mózgu i nerwach i wyciska z jej oczów kilka łez zaledwie.

Zatrzymała się, nie wiedząc dlaczego to robi przed Faunem tańczącym.

Deszcze przyciemniły jego kamienne ciało, kędziory włosów, zwinięte niby kwiaty hyacyntu, zrudziały, twarz pobrużdżona potokami wody, jakby wydłużyła się nieco od wiosny, ale w oczach skrzył się i palił ten sam płomień szyderczy i krzywe nogi tańczyły wciąż zapamiętale.

— Ijo! Ijo! Ijo!... Zdawał się śpiewać i potrząsać fletnią i śmiać się i szydzić ze wszystkiego i podnosić zuchwale do słońca głowę, którą wieńczyły, niby bachancki wieniec, opadłe na nią liście.

Patrzyła w niego, ale nic nie mogąc sobie przypomnieć, ani nic zrozumieć, poszła.

Na Nowym-Świecie, w jednem z Chambres-garniers kazała sobie dać numer, atramentu, papieru listowego i kopertę. Gdy jej dostarczono wszystkiego, zamknęła drzwi na klucz i napisała dwa listy: jeden krótki, suchy i jakiś boleśnie ironiczny do ojca, a drugi długi i zupełnie spokojny do Głogowskiego. Zawiadamiała obydwóch o swojem samobójstwie.

Zaadresowała jak najdokładniej, z pewną nawet starannością i położyła na widocznem miejscu.

Później, najspokojniej wyjęła flaszeczkę z kieszeni, odkorkowała, przyjrzała się pod światło płynowi i nie myśląc już, ani się wahając — wypiła do dna...