— Pójdzie do dziedzica na guwernantkę — zawołała szyderczo Majkowska.
— Zaczekam, aż dyrektorowa założy ten Korynt... ze swoich córek!
Cabińska poskoczyła do niej, ale w połowie drogi stanęła raptownie i wybuchnęła płaczem.
— Boże mój! moje dzieci!... Jasiu!... moje dzieci!...
Zachwiała się na nogach, duszona po prostu przez spazm złości histerycznej.
— Na prawo jest kanapka... będzie pani wygodniej zemdleć! — zawołał ktoś z krzeseł.
Towarzystwo uśmiechało się nieruchomemi twarzami i szydziło półsłówkami.
— Pepa!... żono!... uspokój-że się... Na Boga, że też nigdy bez szopek się nie obejdzie.
— To ja je robię?...
— Nie mówię przecież do ciebie!... ale mogłabyś się uspokoić... nic ci się nie stało!