— Dobrze... przyjmujemy panią... Uciekam, bo się smażę.

— Możeby się dyrektor z nami... czego... napił?... powiedziała nieśmiało, zrozumiawszy znaki Sowińskiej.

Trochę się wymawiał, ale w końcu został.

Stara kazała garsonowi przynieść pół butelki koniaku, trzy piwa i przekąski, a wypiwszy swój kufel, wyszła spiesznie, narzekając na zapomnienie czegoś w garderobie.

Halt przysunął się z krzesełkiem bliżej.

Janka, zmieszana tem sam na sam, milczała, nie wiedząc, o czem mówić.

— Hm!... masz pani głos... ładny głos... — rzekł i położył jej na kolanie swoją olbrzymią, czerwoną łapę, a drugą dolewał koniak do piwa.

Odsunęła się nieco, dotknięta nieprzyjemnie taką poufałością.

— Możesz pani dobrze stanąć... ja pani pomogę...

Wychylił kufel duszkiem.