Jankę zaniepokoił jego głos chrapliwy i twarz rozogniona, pijacka, ale usiadła do fortepianu, nie wiedząc, co wybrać.

— A!... pani gra?... zdziwił się bardzo.

— Tak — odrzekła i zaczęła grać wstęp jakiś, nie widząc znaków Sowińskiej.

— Zaśpiewaj pani, cobądź... niech tylko głos usłyszę... A może mogłabyś pani solo śpiewać?...

— Panie dyrektorze... ja do dramatu, do komedyi wreszcie czuję powołanie, ale nigdy do opery.

— O operze nie mówimy przecież...

— Tylko?

— O tem... o operetce! — zawołał, uderzając się w kolano z kankanowem zacięciem. — Śpiewaj pani!... nie mam czasu i spalę się z gorąca.

Zanuciła drżącym od emocyi głosem, ale z pewnem wyrobieniem, jakąś piosenkę Tosti’ego. Dyrektor słuchał, a patrzał się na Sowińską, wskazując na spieczone usta.

Kiedy skończyła, zawołał: