Jakto?... wiedziała przecież, co ma myśleć o tamtych; poklasyfikowała ich dawno: na kretynów, głupców, płaskich, gęsi, pijaków, plotkarki, kwoki gospodarskie; na dusze małe i płytkie, na bandę zwykłych zjadaczy chleba, tonących w płytkiem bagnisku spraw odżywiania się i wegetacyi.

I ci ludzie, co zapełniali teatr i bili oklaski, o których dawniej myślała, jak o półbogach, mieliby być tem samem, czem tamci? — pytała siebie, znajdując w nich coraz więcej cech podobieństwa...

Miała wielką intuicyę, wysubtelnioną samotnością, którą widziała wiele rzeczy.

— Pani! — powiedział ktoś obok niej.

Oderwała twarz od kurtyny. Z boku stał młody, przystojny, elegancki młodzieniec; dotykał ronda cylindra i uśmiechał się szablonowo.

— Na chwileczkę tylko... — powiedział.

Usunęła się trochę.

Popatrzył na ogródek i odstąpił.

— Przepraszam... bardzo przepraszam...

— O, proszę pana, napatrzyłam się dosyć...