— Niezbyt zajmujący widok, co?... Filisterstwo najautentyczniejsze; korzenniki i szewcy!... Pani może myśli że oni przyszli słuchać, myśleć lub podziwiać sztukę?... O nie!... przyszli pokazać się, pochwalić strojami, zjeść kolacyę i zabić jakoś czas...

— Więc któż przychodzi na sztukę tylko? kogo ona tylko obchodzi?...

— Tutaj, pani, nikt!... Do Wielkiego, do Rozmaitości... tam się jeszcze znajdzie garstka, bardzo zresztą niewielka, ludzi, miłujących sztukę i tylko dla niej samej przychodzących do teatru. Podnosiłem już nieraz w pismach tę kwestyę.

— Redaktorze, dajcie-no papierosa! — zawołał jakiś aktor z kulisy.

— Służę... — i podał z bardzo łaskawą miną srebrną papierośnicę w kształcie notesu.

Janka odsunęła się nieco i spoglądała na redaktora z ciekawością i szacunkiem. Ona tych ludzi znała ze słyszenia tylko, z poważania, jakiem ta godność otoczona jest na prowincyi, więc sobie urobiła w myśli jakiś idealny typ człowieka, który jest streszczeniem cnót ogólnych i wykładnikiem myśli powszechnych, w którym musi się ogniskować talent, rozum i szlachetność.

Patrzyła z podziwem na niego, zadowolona, że mogła z blizka poznać takiego człowieka.

Ileżto razy na wsi, słuchając wiecznie tych samych rozmów: o gospodarstwie, kłopotach, polityce, deszczach i pogodach, marzyła o tym innym świecie, o ludziach, którzy jej mówić będą o ideach, o sztuce, o ludzkości, o postępie i o poezyi — i którzy te wszystkie hasła, jakiemi się świat karmi i dąży za niemi, uosabiają w sobie.

Pragnęła teraz, aby ten redaktor nie odszedł jeszcze i mówił z nią chwilę. Redaktor istotnie zwrócił się do niej.

— Pani musi być niedawno w towarzystwie, bo nie miałem szczęścia jej widzieć?...