— Grał na fujarce! Czekaj tatka latka, aż kobyłę wilcy zjedzą! Przez miesiąc to zjemy się do podeszew! A niech to siarczyste drzwi ścisną!

— Nie ma też innej rady, tylko sztukę jaką wybrać, i grajmy.

— Zakrzewski ma teraz, jak i zawsze, zupełną rację, ale czemu się pan nie powiesił, co? tak, czemu?

— No, więc grajmy. Zagramy, będziemy mieli pieniądze i wyniesiemy się z tego partykularza!

— I Kos ma rację, bo nie ma już kogo naciągać! Utop się, synku, bo i tak zatłuką cię na bilardzie, tak! — odpowiedział zgryźliwie Feluś.

— Trzeba radzić, a nie popisywać się dowcipami.

— Todzio przemówił! szpaczek się odezwał. Jaki on śliczny, ten mąż pani Szalkowskiej, musi go karmić samymi bakaliami.

— Todziu! Pan się mnie nie czepiaj!

— Todziu, pilnuj się, chłopaczku, bo możesz stracić miejsce.

— Daj spokój, Kos, za wiele sobie pozwalasz, cóż znowu! — szeptał trwożnie Todzio.