— To i o nas niechże dyrektor nie zapomni. Jańcio zarobi laubzegą, to oddamy.

— Dobrze, dobrze, robaczki, cudnie, tylko jak was kocham, mniej więcej mam rubla, całego rubla w kieszeni — tłumaczył się Korczewski bardzo gorąco, bo zaczęli się rzucać i dogadywać, ale uspokoił wszystkich Zakrzewski.

— Ja mogę państwu pożyczyć piętnaście rubli do podziału, oddacie mi po przedstawieniu! — zawołał, dając pieniądze Korczewskiemu.

— Rzepa, nie chłop, tak! Powieś się, Zakrzewski, boś głupi — szepnął mu do ucha Feluś, ściskając równocześnie bardzo silnie jego rękę.

— Kto będzie przechodził koło mieszkania Korniszona, to może mu zaniesie pieniądze i powie, żeby natychmiast przyszedł do mnie — powiedział Korczewski, rozdzielając pieniądze.

— Ja mogę wstąpić — ozwał się Zakrzewski.

— Może pan mnie odprowadzi, panie Leonie, bardzo proszę, mam nawet do pana interes — szepnęła mu cicho piękna Szalkowska, ogarniając go powłóczystym spojrzeniem.

— Teraz nie mogę, przyjdę wieczorem, jeśli pani chce koniecznie.

— Wieczorem nie będę w domu! — syknęła zirytowana, że odmawia.

— To i lepiej — odpowiedział ostro i odwrócił się do Lili, która udawała, że nie uważa i nie słyszy tych kilku słów, ale gdy usiadł obok niej, spojrzała na niego bardzo wdzięcznym i słodkim spojrzeniem.