— Na ile prześcieradeł mogę liczyć?

— Ja mogę dać trzy, dwa muszę zostawić, nie mielibyśmy spać na czym — tłumaczyła się Gałkowska.

— My możemy dać cztery! raz... dwa...

— To my tylko dwa, bo mamy całe cztery — zawołała Lili z rumieńcem.

— Szalkowska! a pani nic nie dasz? — zagadnął milczącą Korczewski.

— Dam sześć, Todzio zaraz przyniesie.

Mężczyźni nie deklarowali prześcieradeł, bo nic nie mieli.

— Jutro sobota, Wigilia! Szkoda, że nie możemy grać w drugie święto, teatr byłby pełny. Trzeba czekać do czwartku! Panie Leonie, w drugie święto pojedziemy na wieś z biletami, afisze będą jeszcze dzisiaj, lecę natychmiast do naczelnika, żeby zdążył podpisać. Dzisiaj jeszcze umówię się o stajnię, a od jutra Korniszon może zacząć malować dekoracje. Do widzenia! — okręcił się szalem i wybiegł, za nim rozchodzili się wszyscy.

Zakrzewski pomógł Lili się ubrać i wyszli razem, przeprowadzeni macierzyńskim spojrzeniem Korczewskiej, która w dalszym ciągu robiła szydełkiem kółka, liczyła oczka, wyglądała oknem i uspokajała głaskaniem wydzierającego się na świat Murzyna.

II