— Nie, nie jestem dobra, nie — odpowiedziała poważnie i trzęsła główką przecząco, ściągnęła ciemne, prawie czarne brwi, aż się pomiędzy nimi zarysowała głęboka bruzda.

Zakrzewski się ukłonił jakimś paniom przechodzącym obok; odkłoniły się lekko i obrzuciły pogardliwo-aroganckim wzrokiem Lili. Spostrzegła to, zarumieniła się mocno, oczy zaiskrzyły się jej, przycisnęła się silniej do niego i gdy już panie owe przeszły, odwróciła się za nimi i pokazała im język.

— Co pani robi?

— A jędze obrzydliwe, Baby Jagi, bazyliszki — szeptała ze złością.

— Cóż one pani złego zrobiły?

— Nie widział pan, jak patrzyły na mnie, co? Jak na jakie zwierzę z menażerii.

— Ależ zdawało się pani, to są najinteligentniejsze w mieście panny, bardzo dobre!

— Ale nie dla mnie. Mój złoty panie Leonie, zrobi pan, o co bardzo poproszę? co?

— Prawie obiecuję, ciekaw jestem.

— Niech się pan nie kłania, niech się pan z nimi nie zna, mój złoty, mój drogi panie Leonie! — prosiła ze łzami w oczach.