Mieszkanie było mniej niż po kawalersku urządzone: łóżko, stół i dwa krzesła były całym umeblowaniem. Zakrzewski nie dbał o wygody, bo dni całe przesiadywał u Lili i tam również się stołował.
— Masz pan dziesięć złotych a conto.
— Dziękuję! — rzekł cicho Olkowski, podnosząc się z siennika, na którym leżał okręcony w kołdrę i różne łachmany, bo w mieszkaniu było bardzo zimno.
— Gramy w przyszły czwartek! — Zapalił swoją lampę, bo Olkowski czytał przy świecy, przylepionej do podłogi.
— Czy ja mam jaką rolę?
— Nie wiem, ale przypuszczam, że pan coś będzie pokazywał.
Nie odrzekł zaraz, tylko przyglądał się pieniądzom i rozliczał je w myśli na cały tydzień.
— Będziesz pan pił herbatę? To zrobię.
— Owszem! To może byś pan i w piecu napalił?
— Daj pan na węgiel; cukru ani herbaty również nie ma, a może pan będzie co jeść, to przyniósłbym zaraz.