Zakrzewskiemu jeść się nie chciało, ale po cichym głosie Olkowskiego poznał, że musiał nie jeść cały dzień, co zresztą często się zdarzało w teatrze nie tylko krowientom, ale i aktorom na stanowisku, więc dał pieniądze na szynkę. Wkrótce w piecu się paliło i pożyczony od sąsiadów samowar szumiał głucho. Milczeli obaj, bo Olkowski był bardzo nieśmiały i małomówny, a Zakrzewski był zbyt zajęty jutrem.

Leon położył się na łóżku, a Olkowski na swoim brudnym sienniku, który nie miał nawet prześcieradła, i obaj czytali, popijając herbatę.

Olkowski miał i woził z sobą całą pakę starych, okropnych dramideł61, które najsumienniej czytywał po kilka razy, a czytając grywał je równocześnie, bo ilekroć Zakrzewski spojrzał na niego, zawsze widział to jego nędzną twarz głodomora rozpaloną wzruszeniem, to szeroką a mocną gestykulację lub słyszał szeptem wypowiadane tyrady62, a czasami widział, że Olkowski zrywał się z barłogu63, rzucał spieczonymi ustami jakiś frazes potężny, a potem kładł się i uspokajał na czas pewien.

— Cóż pan za głupie hece wyprawiasz! — zawołał Leon zirytowany, bo się to ciągle powtarzało.

Olkowski nic nie odrzekł, zgasił świecę i poszedł spać, ale rano miał mocno czerwone oczy i ślady łez na twarzy.

— Wie pan, dzisiaj Wigilia... — szepnął cicho i nieśmiało.

— Więc cóż? — zawołał szorstko Leon, którego to przypomnienie zabolało.

— Nic... nic... Przepraszam pana, pan się pewnie na mnie obraził wczoraj; może pan nikomu nic nie powie, bo znowu by się śmiali ze mnie.

— Nic mnie nie obchodzi, co pan robisz. Byłeś pan wczoraj u Szalkowskich?

— Byłem — odpowiedział ciszej i odwrócił głowę, aby ukryć pomieszanie.