Zakrzewski ubrał się szybko i wyszedł, na schodach już spotkał Szalkowskiego.
— Jest Olkowski?
— Jest, no, życzę panu, panie Szalkowski, przy dzisiejszej Wigilii wszystkiego dobrego i długiego szczęścia w małżeństwie! — powiedział ironicznie, uścisnął mu dłoń i pobiegł.
Szalkowski zaś wszedł do mieszkania, zamknął drzwi na klucz, usiadł przy stole i długo, bezmyślnie wpatrywał się w smugę słońca, wpadającą przez okno. Olkowski sprzątał swoje legowisko i często nań spoglądał, po kilka razy chciał zacząć mówić, ale nieśmiałość brała górę i milczał; tylko zrobił sobie herbaty, usiadł na złożonym pod piecem sienniku i pił z wolna, nie spuszczając z niego oczu.
— Jeszcze jej nie ma, uważasz, już po dziesiątej, a jej nie ma! — szepnął tamten więcej do siebie niż do Olkowskiego, który usłyszawszy wieść taką zbladł śmiertelnie i tak drżeć zaczął, aż dzwonił zębami po szklance.
— Czemuś pan pozwolił? — szepnął wreszcie cicho, ale z głębokim wyrzutem.
— Głupiś! Jakże ja mogę zabronić? Nie spałem całą noc, czekałem, bo mi powiedziała, że najpóźniej wróci o dwunastej! Boże, jaki ja jestem nieszczęśliwy! Boże, jaki ja jestem nieszczęśliwy! — zaczął wołać jęczącym głosem i chwycił się rękami za włosy.
— Dokąd pojechała?
— Do hrabiego! Ach, jeśli ja go nie zabiję, jeśli go nie zetrę w proch, jeśli nie odemszczę na nim wszystkich moich cierpień, to psem ostatnim będę. Słyszysz, Olkowski? Uderzysz mnie w twarz, jeśli tego nie zrobię.
— Ileż to razy pan tak mówił, co? — szepnął gorzko.