— Ale ci już ostatni raz powtarzam, ostatni, zobaczysz, ja zrobię dzisiaj coś, coś... strasznego! Ja ją zabiję! — wykrztusił w bezsilnej wściekłości.

Olkowski uśmiechnął się smutnie, znał jego tchórzostwo i jego szalone, psie przywiązanie do żony, która zrobiła z niego lokaja.

— Nie zabije pan jej! — powiedział.

— Zmiażdżę, jak... jak to krzesło! — zawołał, chwytając za krzesełko i chciał nim rzucić o podłogę, ale się powstrzymał i postawił z powrotem; zaczął się znowu żalić, narzekać, przysięgać i odgrażać, przysięgał ze dwadzieścia razy, że zaraz po spektaklu, nie, po Nowym Roku, odjedzie, rzuci teatr, rzuci ją, wszystko, i pójdzie, gdzie go oczy poniosą, bo dość mu tej hańby i dość mu tej męki...

Olkowski już mu nie przeczył, słyszał przecież to samo przynajmniej raz na tydzień od lat dwóch, bo Szalkowski nie miał przed nim żadnych tajemnic i nieproszony, zwierzał się ze wszystkiego; tak było i teraz, opowiadał takie wstrętne szczegóły, iż Olkowski przerwał błagalnie:

— Dajże pan spokój, co mnie to obchodzi, to wstyd przecież.

— Co? nic cię nie obchodzi, nic, nic? — pytał z zaiskrzonym wzrokiem, posuwając się ku niemu groźnie, ale Olkowski się nie poruszał, pił herbatę razem ze łzami, co jak groch sypały mu się na chude policzki, i stawiając szklankę szepnął przez łkanie:

— Chciałbym umrzeć, chciałbym zdechnąć, chciałbym, bo już nie mogę, nie mogę dłużej cierpieć!

Zerwał się raptownie, chwycił czapkę i tłumiąc ryk, jaki rozsadzał mu piersi, uciekł na miasto.

Szalkowski wyszedł również, a zobaczywszy na ratuszowym zegarze, że już po wpół do jedenastej, poleciał pędem do domu, drżąc ze strachu, że może Hela powróciła, a jego tam nie ma.