IV

Zakrzewski za resztę pieniędzy, jakie posiadał, zakupił u kupca różnych świątecznych wiktuałów64 i kazał odesłać do Lili, odebrał następnie z poczty pudełko z kwiatami, sprowadzonymi z Warszawy, i poszedł z nimi do ukochanej.

Lili była sama.

— Mama poszła do Korczewskich, a ja czekam na pana, pójdziemy tam razem.

— A jak zupełnie nie pójdziemy, to co?

— A to nie, to będziemy siedzieć w domu, podzielimy się opłatkiem, już wszystko naszykowałam.

Wskazała na stoliczek pod oknem, nakryty obrusem, na którym stała wódka, kilka śledzi i talerz z opłatkami.

— Dobrze, podzielmy się. A za wszystkie życzenia niech pani przyjmie chociaż te kwiatki.

Otworzył pudło i wyjął cały pęk bzów bladofioletowych, storczyków o złotordzawych płatkach, konwalii zielonawych, róż czerwonych i różnokolorowych gwoździków.

— To dla mnie! To wszystko dla mnie! Jakie śliczne, jakie cudowne! — wykrzykiwała, cisnąc kwiaty do piersi i dotykając ustami każdego z lubością.