Cieszyła się jak dziecko, położyła je na stole i zaczęła układać w bukiet, ale po chwili kwiaty odsunęła i podnosząc na niego swoje cudowne oczy, szepnęła jakimś stłumionym, pełnym wdzięczności i lęku głosem:
— Jak ja panu podziękuję! Ja panu nie mam co dać, a tak chciałam, tak myślałam, tak marzyłam o tym i nie mogłam, bo... bo... — i nie dokończyła, łzy zapełniły jej oczy, a Zakrzewski porwał ją w ramiona, otoczył sobą, przycisnął do piersi i z całą namiętnością, długo skrywaną, zaczął całować jej włosy, twarz zarumienioną i te oczy pełne łez, miłości i uśmiechów.
— Nie można, panie Leonie, nie można! — szeptała przez łzy, na pół przytomna, i odwracała głowę, a bezwiednie cisnęła się do niego i oddawała pocałunki, i czuła, że jej jest tak dobrze, tak strasznie dobrze, jak nigdy w życiu nie było.
— Kocham cię, Lili! kocham cię! kocham... Spojrzyj na mnie! Jedyna!
Klęknął przed nią, objął jej nogi i całował kolana, małe stopy, suknie, wariował zupełnie.
Ktoś zastukał do drzwi, Lili wyrwała mu się z objęć i uciekła za parawanik, wszedł chłopak od kupca z pakietami.
Gdy znowu zostali sami, Leon poszedł za parawan; stała przy łóżku, zapatrzona z przysłoniętymi oczami w jakąś dal nieznaną; łzy płynęły jej po twarzy, ale słodki, dziwny uśmiech wił się po jej rozpalonych ustach.
— Lili! Lili! — szeptał cicho i szedł ku niej, wyciągając ręce; skoczyła ku niemu, objęła go rękami za szyję i zawisła mu na ustach w długim pocałunku; wreszcie odbiegła i aby ukryć wzruszenie, choć drżąca cała, rozpakowała paczki, porozkładała wino, bakalie i wędliny, i strucle na stole i stając przed nim zawołała grubym, basowym głosem, naśladując Korniszona i gładząc się jego zwyczajem po głowie:
— Zakrzewski! to jest szlachecka rozpusta! Przez to wszystko diabli wzięli!
— Lili jest bachor, cicho! — odpowiedział Leon, pociągając się za nos; naśladował głos i ruch Felusia.