— A śpieszże się z kolacją. Czegóż patrzysz? Może się boisz, że Zakrzewski chce mnie bałamucić75! To się po nim nie pokaże — dodała ze śmiechem, ściskając mu rękę.

Todzio wyszedł, a pomiędzy nimi zapanowało kłopotliwe milczenie. Szalkowska trzymała go za rękę i patrzała w niego swymi sennymi, hipnotyzującymi oczami. Patrzyła długo, czekała, żeby przemówił; ale Leon nie wiedział, co mówić: bał się okazać śmiesznym, nie chciał i nie mógł z nią flirtować, bo kochał Lili, a przy tym trochę się jej bał, bo wywierała ona na niego dziwny urok. Ciągnęły go te wielkie oczy, obiecujące tak wiele, kusiły go jej pełne, zmysłowe usta i te wspaniałe kształty. Mocny zapach perfum, jakich używała, odurzał go i rozdrażniał.

— Dlaczego pan mnie unika, co? — zapytała prosto.

— Ja? Ależ nigdy nie unikałem pani, dlaczegóżby? — czuł się mocno pomieszany.

— Byłam zła na pana, ale za dzisiejsze przyjście wszystko panu daruję. No, niech pan przeprosi mnie.

Podała mu obie ręce do pocałowania, ale on nie pocałował, tylko uścisnął mocno. Wyrwała je gniewnie i podniosła się z kanapki, zapaliła świece przed tualetą76 i najspokojniej, jakby nikogo nie było w pokoju, rozpuściła włosy, które ją okryły niby płaszczem, i zaczęła się czesać.

— Do widzenia pani! — zawołał porywczo, widząc, że sobie z niego nic nie robi.

— Jak to, już pan ucieka?

— Ja nie mam czasu, a przy tym nie chcę pani przeszkadzać. Skinął głową i szedł do drzwi.

— Odchodzi pan, czyżby się pan mnie bał? — zawołała za nim ironicznie.