Naraz trzasnął w palce i poszedł śpiesznie do Korniszona.

Korniszon mieszkał w gmachu poklasztornym, rozsypującym się w gruzy. Klasztor stał nad rzeką, w wielkim, na pół umarłym ogrodzie, otoczonym wysokim murem, jeszcze dobrze zachowanym.

Zakrzewski przez otwór, który pozostał po bramie, wszedł do ogrodu. Ciszej tu było niż na ulicy; wiatr nie szczypał w twarz, wielkie drzewa, pokryte osędzielizną77 niby puchem, skrzyły się w świetle księżyca i stały w sennej ciszy, kładąc wydłużone, fantastyczne cienie na śniegi. Obszedł ogromny, z czerwonej cegły kościół, podparty potężnymi szkarpami78, i zapuścił się w długie, czarne korytarze, pocięte smugami księżyca, które wlewały się przez wąskie, zakratowane okna i lśniły na wydeptanej, czerwonej posadzce z cegły. Cisza gnębiąca panowała w całym gmachu. Czasami zadrżał odgłos pękających od mrozu płotów lub nietoperz przewinął się z łopotem nad głową, albo śnieg zsunął się z dachów i fontanną białej kurzawy dzwonił po oknach. Wielkie, ascetyczne twarze mnichów, pokryte szronem, wychylały się czasami ze ścian w jaśniejszym rozblasku i jakby goniły oczami przechodzącego.

Przyśpieszył kroku, bo pootwierane drzwi do pustych cel wionęły na niego grobową atmosferą, a przy tym usłyszał niewyraźne, splątane dźwięki śpiewów, płynące z mieszkania Korniszona, położonego w końcu korytarza.

Pchnął niskie, zielone drzwi i znalazł się w wielkiej, sklepionej izbie.

Korniszon, Olkowski i Feluś siedzieli przed ogromnym piecem z zielonych kafli, w świetle wielkiego, wesoło trzaskającego ognia, wybijali takt kijami i śpiewali, a przed nimi na ławce stała butelka wódki, chleb, kilka wędzonych śledzi i kartofle pieczone.

— Jak się masz, dziedzic? Ha! ha! ha! Wódzia jest, kartofle są, śledzie także, a jakże! Biba79 wigilijna jak się patrzy! Siadaj — wołał Korniszon, usiłując się podnieść.

— Siadaj! Trochę sobie pijemy, trochę śpiewamy kolędę z żałości, trochę gadamy i dobrze nam. Olkowski, nalej sznytki80, za zdrowie dziedzica wypijemy i zaśpiewamy jaki chórek.

— Aha! Wódki już nie ma! Ha! ha! — śmiał się nieprzytomnie Olkowski, pokazując pod światło pustą butelkę.

— Felek, psiatwarz! Składka, panowie! Co tam! raz pijem i raz żyjem! Co łaska, panowie, do motii81.