— Mam pół rubla, bierz pół rubla! Tak, przepiję pół rubla, tak, utop się! — mruczał pijanym głosem Feluś i po dziesiątce wykładał pieniądze na ławkę.

— Zakrzewski, postaw pan za mnie, bo groszem nie śmierdzę.

— Jak ochota, to niech diabli pół rubla wezmą, tak, po pańsku, tak!

— Ano dobrze, mam dwa ruble, macie wszystko, niech diabli wezmą.

— A toś nasz, mój królu złoty! Daj pyska, to mi szlachcic prawdziwy! Zastaw się, a postaw się! Pijaństwo urządzimy jak się patrzy. „Wina, wina, wina dzban, to mi radca, to mi pan!”82 — zaśpiewał nagle. — Olkowski, psiatwarz, a leć no po sznapę83, a śpiesz się, a przynieś na przekąskę parę szkieł piwa84.

— Zaczekajcie, zaraz przyjdę z paliwem! — zawołał Korniszon, wychodząc z Olkowskim.

Powrócił po chwili z wielką żerdzią i zaczął ją toporkiem rąbać.

— Ja kochanemu proboszczowi nieco płotek rozgradzam, bo za wysoki, mógłby przy przełażeniu podrzeć sobie kapotkę. Ale, psiatwarz, jedną żerdkę na dzień, ani mniej, ani więcej; u mnie wszystko musi być systematycznie.

Umilkł, nakładając w piec drzewa. Feluś w swojej manszestrowej85 almawiwie, której nigdy prawie nie zdejmował, siedział zapatrzony ponuro w ogień, czasem pociągnął się za nos, powiedział bezwiednie: „Tak”, zrobił jaki szeroki, patetyczny ruch ręką i milczał. Zakrzewski rozmyślał o Szalkowskiej, spacerując po izbie, która niegdyś musiała być klasztornym refektarzem86 lub paradną87 do przyjęć salą, bo ilekroć ogień strzelił bujniej na izbę snopami czerwonych promieni, w żebrach sklepienia ukazywały się resztki fresków, jakieś głowy brodate, aureole złote, kawałki purpurowych płaszczów i żółto malowane piekło, z którego zostały w całości tylko ręce potępionych, wyciągające się z zielonawych płomieni, to znowu kawałki tłumnych procesji, resztki białych mnichów ze złożonymi rękami.

— Zakrzewski! ostrożnie, bo tam moje malunki na podłodze.