Olkowski, jakiś zielonoblady, siedział na swoim sienniku z głową w dłoniach.
— Kiedyś pan powrócił?
— Nie wiem. Obudziłem się w klasztornym korytarzu, może przed pół godziną. Zimno mi i coś dziwnie słabo, głowa mnie strasznie boli...
Zakrzewskiemu zrobiło się wstyd wczorajszego wieczora.
— Piłeś pan herbatę?
— Ba, herbaty nie ma, a ja nie mam ani grosza.
Leon sięgnął do kieszeni, ale również nie znalazł nic.
Ubrał się śpiesznie i pobiegł do Lili; nie przyjechały jeszcze; dotknęło go to bardzo przykro. „Dlaczego tak długo siedzą?” — myślał, ściskając głowę, bo go bolała; jeść mu się zachciało.
Poszedł do Korczewskich. Pili herbatę, siadł z nimi i pił, ale myślał z przerażeniem, że nie ma już pieniędzy; strach i wstyd go ogarniał.
— Afisz już mamy, jutro możemy na wieś jechać z biletami.