— Dobrze; zamówił pan już konie?

— Zamówiłem, tylko trzeba zapłacić z góry, bo inaczej nie chcą! Podłe Żydy! — zaklął Korczewski, chodząc po pokoju ze szklanką herbaty w ręku. — Musi mi pan pożyczyć pięć rubli na furmankę; z kosztów to się panu wróci.

— Pięć rubli? Wie pan, nie mam ani grosza... Tak jakoś się stało, że... — zamilkł nagle, wstyd go zdławił, bo Korczewski spojrzał na niego nieco drwiąco.

— Ja również nie mam; kupiłem płótna, bo prześcieradeł nie starczyło; będzie z nich pokój francuski, a musimy mieć dwie zmiany. Kupiłem farb, kupiłem sznurów, Korniszonowi musiałem coś dać naprzód. Mam zaledwie parę kopiejek. Co tu zrobić?

Oglądał po kolei to sprzęty, to garderobę swoją i żony, ale odwrócił się z niechęcią.

— Psiakrew, nie ma nawet co zastawić.

— Józio wczoraj zastawił obrączki nasze, żeby wykupić afisze!... raz... dwa... — szepnęła Korczewska cicho i robiła w milczeniu swoją nieśmiertelną szydełkową serwetę.

— Gdyby pan chciał, pogoda taka piękna, to poszlibyśmy pieszo do pierwszych kilku dworów... — zaczął nieśmiało Korczewski.

— Dobrze, wszystko mi jedno. Ostatni raz przecież.

— Bo widzi pan, jak tylko co sprzedamy, to wynajmiemy sobie furkę na wsi i dalej już pojedziemy.