— Po cóż się mają spieszyć! Tam im jest bardzo dobrze... — powiedziała zimno, akcentując ostatnie słowo.
— Tak, pewnie, ta siostra gospodyni ich ma być bardzo porządna kobieta.
Gałkowska zaczęła się śmiać cicho, obrzydliwie i długo, aż jej sinawa twarz pokryła się krwawymi plamami.
— Z czego się pani śmieje? — zapytał porywczo.
— Śmieję się z tej siostry gospodyni, która ma wąsy, brodę i majątek pod miastem...
— No tak, mówiła Lili, że ten majątek jest niedaleko pod miastem.
Nie zrozumiał jej.
— Jakże pan spędził wczorajszy wieczór? — zagadnęła spokojnie.
— Jak można najgorzej.
— Bardzo dobrze panu. Zupełnie pana nie żałuję, bo po co się pan marnuje w teatrze? — pytała, krając ciasto na makaron. — Z miłości, nieprawdaż? — dodała.