— Tylko gdzie, do kogo?! — krzyknął uderzony tymi słowami jak batem.

— Podobno do hrabiego. Wiesz pan, ten, który jej wciąż kwiaty przysyła.

— Nieprawda! Kłamiesz, pani! To nikczemność tak spotwarzać czystą dziewczynę, to podłość!

Syczał z oburzenia i gniewu, posiniał, zaciskał pięści i patrzył na nią takim nienawistnym wzrokiem, że odsunęła się za piecyk.

— Nie krzycz pan i nie wymyślaj, bo nie jestem pańską służącą! To, co powiedziałam, wiedzą wszyscy; możesz się pan spytać Korczewskiej, a powiedzą pewnie więcej...

— Co więcej? Mów pani, ale uprzedzam, że Lili jest moją narzeczoną.

— Bardzo mi przyjemnie... pan się unosisz... ja z życzliwości dla pana mówię...

— Niech panią najjaśniejsze pioruny spalą z taką życzliwością! — krzyknął wściekły, nie umiejąc już panować nad sobą, i wybiegł na ulicę.

— Nędznicy! nędznicy! — myślał z rozpaczą i gniewem. — Lili! jego Lili! a ludzie szakale! I pomiędzy taką zgrają żyć musi jego słodka dziewczyna!

Poszedł śpiesznie do jej mieszkania.