— Chory jestem, daj mi pan pić. Tak mnie głowa boli... boli... boli... — jęczał cicho.
Łzy płynęły mu po twarzy, nie obcierał ich, bo nie miał sił.
Zakrzewski podał mu szklankę wody, a że Olkowski ciągle się dopraszał o więcej, postawił mu całą konewkę, z której chory pił ustawicznie, a sam położył się na łóżku i najregularniej co godzinę wychodził zobaczyć, czy Lili przyjechała. Nie zastawszy jej, powracał, kładł się znowu i czekał...
Powróciwszy o zmroku, zastał Szalkowskiego, który był jakoś mocno wzburzony i nie witając się zaczął z miejsca:
— Ja mam do pana wielki żal, mogę powiedzieć, pretensję, powinien bym nawet żądać od pana satysfakcji101 — mówił podniesionym głosem, stukając kijem o podłogę.
— Cicho pan bądź, widzisz, że Olkowski chory — rzekł Leon zimno.
Przypuszczał, że Szalkowski widział wczoraj wszystko i przyszedł robić awanturę, ale było mu to obojętnym w tej chwili; położył się na łóżku i patrzył w sufit.
— Przepraszam, bardzo przepraszam — szepnął Szalkowski, zniżając głos.
— Słucham pana! Mogę panu dać satysfakcję choćby w tej chwili.
— Ale cóż znowu! Panie Leonie, ja przyszedłem tak po przyjacielsku się poskarżyć, bo mam do pana żal, że pan Helence zrobił taką wielką przykrość wczoraj. Obiecał pan, że pan przyjdzie; czekała prawie do rana, a pan był u Korniszona. To się nie godzi tak zapominać przyjaciół. Helenka aż płakała ze zmartwienia, ona ma dla pana wiele życzliwości, wiele, jakby to powiedzieć, sympatii... i bardzo...