— Głupiec — rzucił mu na odpowiedź Leon wychodząc.
Nie wrócił zaraz, bo poszedł na drogę, którą wracać miały; zrobił kilka wiorst na próżno i dopiero powrócił, przysięgając sobie, że już więcej nie pójdzie.
Podczas jego nieobecności przyniesiono paczkę dla Olkowskiego, a dla niego list od doktorowej, w którym były takie ustępy:
„Chciałabym być siostrą miłosierdzia dla pańskiej duszy, chciałabym, abyś się wyspowiadał przede mną! O, proszę wierzyć, że bardzo mocno uczułam pańskie wyjście... Co to było?... Biedna dusza, potrzeba ją otoczyć miłością, aby mogła zapomnieć ran... Nie pamiętamy już przykrości, jaką pan nam wyrządził, odchodząc bez pożegnania. Na pańską intencję smażymy dzisiaj pączki; dziewczynki moje same to robią. Będą wieczorem i Walewscy” itd.
List podarł.
— Idiotka! — mruknął i zapadł w dawne wiry marzeń bolesnych o Lili.
Olkowski zaś pomimo gorączki z ciekawością otworzył paczkę; była w niej herbata, tytoń, gilzy102, wędliny, chleb, strucel103 z makiem, dwie koszule, trochę innej bielizny i dwa ruble. Obejrzał to wszystko, porozkładał na kołdrze i cichym, przejmującym głosem zaczął śmiać się i krzyczeć.
— Hebesy! ha! ha! ha! Połcie świńskie!... ha! ha! ha! Filantropy104, ha! ha! ha! Bydło bezimienne! ha! ha! ha!
Brzmiał ów śmiech tak ostro i nieprzytomnie, że aż Leon spojrzał na niego i patrzył ze zdumieniem, bo Olkowski tymi przysłanymi rzeczami zaczął rzucać w ścianę przeciwległą, rozbijać o piec, tłuc o sprzęty... Mało mu było tego, bo się zwlókł z barłogu i w koszuli, chudy jak szkielet, z oczami nieprzytomnymi, chwiejący się, darł, kopał, miażdżył i rozdzierał to wszystko, co mu przysłano.
— A dziadowizna105, a żebractwo, a hołota! a podli, podli! — krzyczał coraz głośniej i coraz zapamiętałej niszczył wszystko.