Dobiegli do dworu i chcieli wejść do sieni, ale była zamknięta; dopiero po wielu stukaniach zjawił się służący, obrzucił podejrzliwym spojrzeniem i zapytał:
— Co za interes i do kogo?
— Do dziedzica. Wpuść no, bracie, bo widzisz, stało mi się nieszczęście, wpadłem do wody.
— Nie można! Niech idzie do oficyny122 się osuszyć — mówił pogardliwie lokaj, zapierając drzwi sobą.
— Zamelduj nas dziedzicowi, błaźnie jeden! — krzyknął zirytowany Zakrzewski.
— Błaźnie, nie błaźnie, a tyś co za jeden? Widzisz go! włóczęga jakiś, będzie mi tu wymyślał! Jak zawołam ludzi, to wam pokażę, kto tutaj jest błaznem!
— Chodźmy stąd, bo nie wytrzymam i tego parobasa wygrzmocę — szeptał Zakrzewski, trzęsąc się z gniewu.
— Antek, co się tam dzieje? Co to za ludzie? czego chcą? — pytał ktoś, wychylając głowę lufcikiem.
— Panie dziedzicu, interes wyłuszczymy, ale proszę nas wpuścić, bo mnie stał się wypadek, wpadłem w rów, jestem zmoczony; chciałbym się trochę wysuszyć, drżę z zimna — jęczał aktor.
— Co za interes? — zapytała głowa z lufcika, puszczając kłąb dymu.