— Jesteśmy artyści dramatyczni. Ale na miłość boską, bo zmarznę!

— Aktorzy! Niech Pan Bóg opatrzy! Antek, zaprowadź ich do kuchni! — rozległ się raz jeszcze głos i głowa zniknęła, a lufcik z trzaskiem się zamknął.

Poszli do tej kuchni, w której gotowano dla inwentarza. Zakrzewski całą siłą woli tłumił gniew w sobie, ale milczeć i pozostać musiał, bo Korczewski mógł się przeziębić i zachorować.

W tej kuchni, mieszczącej się w starym gmachu po gorzelni, w norze pozbawionej podłogi, drzwi i okien, straszliwie brudnej i pełnej dymów i oparów z przegniłych kartofli, gotujących się dla krów w wielkich kotłach na olbrzymich denarach123, pod którymi palił się ogień, przesiedzieli z godzinę, susząc się. Jakiś ponury chłop, kuternoga, w baranim kożuchu, rozwartym na obrośniętych piersiach, w czapie baraniej, tak wielkiej, jak spory szaflik124, uwijał się przy ogniu, dokładał szczap i mieszał w kotłach.

— Wy tutejszy? — zapytał Zakrzewski, aby skrócić nudy oczekiwania.

— A tutejszy — mruknął chłop.

— A jak się nazywa dziedzic?

— A jaśnie pan!

— Jakie ma przezwisko? — zapytał niecierpliwie, chcąc się koniecznie dogadać.

— A Gwizdacz pedają125 ludzie na nich.