I zamilkł, nie odpowiadając już na żadne zapytania, jakby nie do niego były zwracane.
— Nazywa się ta kanalia... Psiakrew, zimno mnie trzęsie! Zaraz panu powiem. Nazywa się Talkowski, kawaler, bogaty, stary dziwak i odludek — przeczytał Korczewski ze swojej kartki informacyjnej, którą schował starannie, i nadziawszy na kij kamasz, suszył go nad ogniem.
— Szkoda, że nasi nie mogą pana widzieć w tej pozycji, mieliby wesołość rzetelną — zrobił uwagę Zakrzewski, patrząc na siedzącego w kuczki na ławce Korczewskiego bez butów i bez ubrania, które rozciągnięte na wielkich łupkach drzewa schło przed ogniem.
— Zanim wyschnę, może byś pan próbował zobaczyć się z tym dziedzicem, a nużby co kupił?
— Nie pójdę.
Odpowiedział z taką stanowczością, że Korczewski już nie nalegał i milczał do samego wyjścia. Dopiero, gdy się znaleźli za wsią na wąskiej polnej dróżce, prowadzącej do drugiego dworu, widnego126 z daleka wysoką wieżą, odzyskał nieco humoru.
— Przeschłem niezgorzej, ale mi jeszcze mokro! Co, ładny numer ten obywatel? Niech go drzwi ścisną! Zupełne bydlę krajowego chowu! „Czy widzisz na tym stole butelek pełen kosz” — huknął dalej barytonem, aż rozległo się po polach i kilka wron, siedzących na przydrożnych drzewach, zerwało się z krzykiem. — Jedna wódka mocna i duża, jedno mięso duże, jedno piwo duże; na poprawkę jeszcze wódka i jeszcze mięso, no i piwko na drugą nogę! Psiakość słoniowa! żeby mi to kto postawił teraz, byłby dobrym chrześcijaninem.
— Ale pieszo to my niewiele zrobimy drogi, dwunasta dochodzi.
— Mój królu złoty, żebyśmy sprzedali w tym dworze ze cztery bileciki, to już ci zafunduję karetę o dwudziestu czterech oknach.
— Kto tu mieszka?