— Właściwie czego panowie chcecie? — zagadnął po długim milczeniu Kuczborski.

Zakrzewski wyłuszczył cel odwiedzin.

— Nie cierpię takich głupich małpowań sztuki. Teatr uważam za rozsadnik głupstwa, słyszysz pan, za rozsadnik głupstwa — powtórzył z naciskiem. — Aktorów przepędziłbym przez rózgi i zamknął w domu poprawy. Słyszysz pan?

— Słyszę, bo niestety nie wynaleziono jeszcze ochrony słuchu przed słuchaniem głupstw!

Kuczborski odwrócił się do niego prędko i długo patrzył mu w oczy, ale wszedł Korczewski i zaczął mu dziękować za swoje wyschnięcie i zapraszać na przedstawienie, zachwalając grę i benefisanta na swój sposób.

— Nie błaznuj pan. Proszę o dziesięć biletów, wyślę służbę.

Korczewski olśniony podawał mu bilety i znowu zaczął gadać.

— Cicho pan! oto pieniądze. Moje konie odwiozą was do sąsiada, żegnam. Andrzej, wyprowadź panów — odwrócił się do okna i spokojnie gładził bokobrody; jeszcze się ubierali w przedpokoju, gdy usłyszeli jego drewniany, surowy głos:

— Andrzej! Wypędzę cię na cztery wiatry, jak mi będziesz puszczał do dworu pierwszych lepszych włóczęgów! Słyszysz, Andrzej?

Wyszli śpiesznie, przed dworem istotnie już czekała para koni, zaprzężona do małych sanek, którymi dojechali do dworu sąsiedniego. Stangret132 miał polecone dowieźć ich i wrócić natychmiast.