We dworze nie zastali nikogo, bo wszyscy pojechali do kościoła. Z trudem we wsi wynajęli chłopa, który się zgodził obwieźć ich po sąsiednich dworach za skromną sumę rubli trzech.
Wiodło im się dosyć szczęśliwie, sprzedali jeszcze kilkanaście biletów, dwa razy tylko wylecieli do rowu, bo saneczki były z tzw. „obrębkiem133”, który po utartej szosie zamiatał wciąż z jednej strony na drugą; w kilku domach nie zastali nikogo, w jednym powiedziano im, że nie potrzeba, że kupią sobie w kasie, raz tylko im nawymyślano i wyrzucono za drzwi, i raz wzięto za złodziejów i chciano odstawić do wójta.
— Mam już dosyć wrażeń, wystarczy mi na całe życie, może byśmy wracali? — zaczął Zakrzewski.
— Mam jeszcze dwa dwory, w których na pewno sprzeda się kilka biletów, mam zanotowane. Pierwszy dwór to Rędziny, wielki majątek, pałac, hrabina Lubińska, wdowa! A drugi — jakiś pan Maleniecki, bardzo bogaty, od piętnastu lat nie rusza się z domu, bzik, nadzwyczaj hojny i wspaniały, dwór po książęcemu!...
— No, więc jedźmy do hrabiny. Gospodarzu, czy jest w Rędzinach dziedziczka w domu?
— W Rędzinach? Dziedziczka? Aha, to niby jaśnie hrabina. A kajby ta134 była! Ho! ho! to sielna135 pani! Zagranicznych małpów se nasprowadzała kiej136 diabłów czarnych... Wio! wio! gniady! a to ci panowie na obrok137 przyłożą, jak się bandziesz pilił... Wio...
W Rędzinach, skoro zajechali przed pałac, wyszło naprzeciw nich dwóch uliberiowanych138 lokajów, zaprowadzili ich do olbrzymiego salonu i zniknęli.
Salon był piętrowy, z kolumnadą marmurową, podtrzymującą galerię dla muzyki, umeblowany z przepychem, ze wspaniałymi obrazami na ścianach stiukowych139; wielkie weneckie okna wychodziły na park.
Czekali minut kilkanaście; nikt się nie zjawił. Panowała głucha cisza dokoła, jakby nikogo nie było w całym pałacu. Pootwierane drzwi pokazywały długą amfiladę pokojów, również wspaniale urządzonych. Leon przeszedł cały szereg pokojów, obejrzał tysiące kosztownych cacek, porozstawianych po kominkach i stoliczkach, jedwabne obicia ścian, meble, starożytne biurka i zegary, kosze pełne kwiatów świeżych, ale nie spotkał nikogo; wrócił do Korczewskiego, który onieśmielony przepychem mieszkania siedział pokornie na brzeżku krzesła i niespokojnie spoglądał na ślady, jakie jego buty pozostawiały na posadzce.
— Nikt nie był?