— A nikt. Może pan zadzwoni, o, tam jest guzik elektryczny, bo ja nie śmiałem.
Leon zadzwonił. Natychmiast zjawił się lokaj i zapewnił, że jaśnie pani hrabina raczy przyjść za chwilę.
Przeszło znowu minut kilkanaście i nikt się nie zjawił. Leon znowu zadzwonił.
Przyszedł ten sam lokaj i zapytał się w imieniu jaśnie pani, kto są panowie i czego sobie życzą?
Korczewski złożył afisz, wsunął w niego książkę z biletami i dał lokajowi, polecając oddać pani hrabinie.
Czekali również kilkanaście minut, aż wrócił, ale nie sam; przyszedł z drugim, starym, wyglądającym na kamerdynera. Pierwszy ze srebrną tacą w ręku stanął przy drzwiach i czekał, aż stary obszedł wszystkie otwarte pokoje, obejrzał drobiazgi, popatrzył po ścianach na obrazy i wyszedł; wtedy postąpił kilka kroków i podając na tacy biletową książkę, rzekł poważnie:
— Jaśnie pani hrabina przysyła.
Korczewski obejrzał książkę, nie brakło ani jednego biletu, nic nie wzięto; afisz również odesłano, ale gdy go wziął w rękę, wysunął się z niego rublowy papierek i upadł na ziemię. Korczewski schylił się, aby podnieść, ale Zakrzewski odsunął go gwałtownie i rozkazującym głosem zawołał na lokaja:
— Podnieś to!
Lokaj podniósł i położył na tacy.