— Prowadź do pani pokoju! — powiedział znowu rozkazująco.
Lokaj jak automat obrócił się i poszedł naprzód. Przeszli kilkanaście pokojów; przed szerokimi oszklonymi drzwiami lokaj się zawahał.
— Otwórz i prowadź! — zawołał zduszonym przez gniew głosem i wszedł do wielkiej oranżerii, pełnej zieloności, duszącego ciepła, zapachu kwitnących mimoz i fiołków.
U sufitu na złotych obręczach kilka papug, podobnych do kłębów drogich kamieni, kołysało się sennie; w środku oranżerii był marmurowy basen, z którego wytryskiwał pióropusz wody i ze słodkim szmerem opadał; poza nim, pod grupą wachlarzowatych palm, kołysało się kilka kobiet na biegunowych fotelach i śmiało się głośno z potwornie brzydkiej małpy, baraszkującej z charcikiem angielskim.
— Oddaj tego rubla pani i powiedz, że postąpiła jak pokojówka przebrana na hrabinę — zawołał tak podniesionym głosem, że wszystkie oczy zwróciły się na niego.
Odwrócił się i wyszedł.
Korczewski już czekał na niego w saniach; nie śmiał się na razie odezwać, ale gdy się znaleźli dosyć daleko od dworu, szepnął:
— To świństwo wysyłać nam rubla jak dziadom, ale zawsze rubel to pieniądz — westchnął.
— Tak, racja, rubel to pieniądz, a świnia boże stworzenie.
Zamilkli. Zmierzch już płynął od lasów i krwawymi pyłami rozsypywał się od zórz purpurowych zachodu. Słońce ogromną, rozpaloną kulą zapadało za lasy, a po śniegach, po drzewach, w powietrzu rozlała się przeogromna cisza nocy nadchodzącej. Na wschodzie pokazywały się gwiazdy i zawiewał stamtąd czasami wiatr bardzo cichy i mroźny, aż konie parskały, wyrzucając nozdrzami słupy pary. W dalekich, jakby zasypanych śniegiem, wsiach skrzypiały studzienne żurawie i rozlegały się ryki krów.