— Dwanaście lat temu najmniej, jak byłem w tej okolicy. Pamiętam dobrze, że w którymś dworze, gdy przyjechałem tak samo z benefisem, było jakieś zebranie; sprzedałem wszystkie bilety, miałem pieniędzy pełny kapelusz, literalnie pełny kapelusz mi nakładli. Nikt nie liczył, ile dawał. Mój Boże, gdzie to te czasy! — mówił cicho Korczewski i jakiś smutek głęboki, jakby tego umierającego dnia, zaświecił mu w oczach. — Tak, pamiętam dobrze, grałem wieczorem Franciszka Moora w Zbójcach140. Co to były za brawa, co za krzyki, co za publiczność! Dobrze grałem, a szczególniej akt piąty... kobiety mdlały; gdy przyszła scena z Danielem, wiesz pan, opowiadanie snu, wszyscy się trzęśli z trwogi. Dobrze grałem.
„I przychodzili, i kładli moje grzechy na szalę, ale szala kołysała się wysoko... aż przyszedł stary... siwy... ja go poznałem, Danielu! i rzucił garść siwych włosów i szala moja opadła na dół... To był mój ojciec, Danielu! Zrobiła się straszna cisza, w której rozległ się głos tak potężny, że aż mi szpik w kościach zlodowaciał... Wszyscy zbawieni, tylko ty jeden przeklęty!”141. Przeklęty! — powtórzył cichym, strasznym głosem rozpaczy bezbrzeżnej.
Ramiona mu opadły bezwładnie i szklanymi oczami obejrzał się dokoła, grał całą duszą.
— Nie pokazuj pan, bo furman może myśleć, żeś pan zwariował! — zwrócił mu uwagę Zakrzewski ironicznym tonem.
Korczewski popatrzył na niego i szepnął:
— To może co z operetki?
I zaczął wyśpiewywać rozmaite drygi142 operetkowe.
Na ostatku, już pod samym miastem, wstąpili jeszcze do jakiegoś małego folwarku i zostali, bo przyjęto ich nadzwyczaj gościnnie. Kilkanaście osób tam zgromadzonych, przeważnie młodzież, bawiło się doskonale w różne gry. Tak się rozochocili, że Zakrzewski grał na fortepianie i śpiewał, a Korczewski, podpiwszy sobie rzetelnie, deklamował całe akty dramatów i udawał rozmaite komiczne typy, i wciąż się całował ze wszystkimi, i ciągle wspominał swojego dziadka kasztelana.
Dobrze już po północy szlachcic odesłał ich swoimi końmi, ale tak pijanych, że nie wiedzieli o bożym świecie.
Na drugi dzień Zakrzewski stanowczo nie chciał jechać w drugą stronę okolicy; miał dosyć dnia wczorajszego. Pojechał Korczewski z Jańciem, któremu miłosierdzie miasta sprawiło na gwiazdkę palto zimowe, a bielizny i butów pożyczył Leon, bo miał występować w jego roli, w roli benefisanta.