VII

Zakrzewski, dowiedziawszy się od Korczewskiej, że Lili przyjechała, poszedł do niej z bijącym sercem.

Już nie pamiętał podejrzeń ani plotek, tylko witał ją z uniesieniem, ale gdy pierwsze wrażenie przeszło, zaczął się jej przyglądać podejrzliwie. Lili była jakaś zmizerowana, blada i niewyspana; oczy miała wpadnięte i zaczerwienione jakby od płaczu, mówiła cicho, nie podnosząc prawie oczu. Przesuwała się przez pokój bojaźliwie i ciągle ginęła za parawanem, skąd powracała z drgającymi, obrzmiałymi ustami i jakby z tłumionym ustawicznie łkaniem.

Matka natomiast była wyjątkowo rozmowna, opowiadała z uniesieniem o przyjęciu, jakie ich spotkało, opisywała szczegółowo poznanych ludzi, stroje, kolacje.

Leon słuchał, potakiwał głową, a przyglądał się Lili, która siadła na kanapce, opuściła bezwiednie ręce i siedziała cicho.

— Lili! — szepnął, przysuwając się do niej, gdy matka zamilkła.

Spojrzała na niego pytającym wzrokiem, ale takim smutnym, że mu serce zadrgało z trwogi.

— Kochasz, co? Tak czekałem, tak czekałem... Kochasz?...

— Kocham! — odpowiedziała cichutko, ledwie dosłyszalnie i pochyliła twarz na piersi, żeby ukryć łzy, a równocześnie zaczęła gładzić paluszkami jego dłoń.

— Zrób, Lili, herbaty, to i pan Leon się napije, bo zimno, a ja wam przeczytam rozdział powieści. Powiadam wam, że się popłaczecie.