Lili zakrzątnęła się koło samowara, Leon pomagał jej jak zwykle, ale nie było pomiędzy nimi tej zwykłej dziecięcej swobody zakochanych i przekomarzania.
Patrzyli na siebie przez cień, który im omraczał duszę coraz bardziej.
Mówili sobie: kocham, ale zbyt cicho i szeptem, podobnym do łkania; spoglądali z miłością, ale w tym spojrzeniu nie było pocałunków jak dawniej; w jego oczach tliło się podejrzenie, a w jej jakiś straszny krzyk, tłumiony całą siłą woli. Dotykali się, ale bez dawnych dreszczów, które ich rzucały sobie w ramiona; Lili odsuwała się śpiesznie, a na nim nie robiło to wrażenia.
Potem siedzieli przy herbacie, trzymali się za ręce i słuchali czytania matki, rzucając od czasu do czasu niespodziewane, głębokie spojrzenie i spotkawszy się oczami, rozbiegali się śpiesznie, dziwnie zmieszani trwogą, którą uczuwali. Matka czytała głucho i nudnie.
Od podwórza, od śniegów zbrudzonych i połachmanionych, od dachów budynków padał brudny cień i zalewał nudą cały pokój; a w tym świetle szarym wszystkie sprzęty wydawały się tak stare, zniszczone, nędzne, a wszystkie patarafki, serwetki, ozdoby tak ubogie, pospolite i brzydkie, że Zakrzewski patrzył ze zdumieniem dokoła, a potem z pogardą źle tłumioną.
— Może pójdziemy na ślizgawkę do parku? — powiedział, gdy matka czytać przestała.
— A pójdę, dobrze. Chciałam nawet prosić pana o to.
Ubierała się szybko.
— A nie siedźcie długo — rzuciła za nimi matka.
A oni na świecie odetchnęli nieco, zrobiło się im znacznie lżej, ale pomimo to mówili z sobą bardzo mało. Namyślali się nad każdym słowem, zdania z trudem wypowiadali; nieśmiałość dziwna, pełna obawy, trzymała ich od siebie z daleka.