W parku było pusto, nudno i zimno, bo wiatr huczał głuchy i śnieg posypywał.
Na stawie nie było prawie nikogo, tylko kilku chłopaków biło się śnieżkami i goniło po lodzie.
Przypasał jej łyżwy i zaczęli robić ósemki, ująwszy się za ręce; ślizgali się dosyć długo, a on w końcu zapytał cicho:
— Dobrze, Lili?
— Dobrze! Bardzo dobrze!
Uśmiechnęła się z przymusem, sztucznie.
— Pamiętasz, jak nam tutaj było dobrze w przeszłym tygodniu?
Skinęła głową, a on zaczął z zapałem przypominać najdrobniejsze szczegóły, unosił się, że tak cudnie wyglądała wtedy, rozpłomieniał się na wspomnienie tak niedawnej przeszłości, bezwiednie uciekając od chwili obecnej.
— Tak! pamiętam, pamiętam! — odpowiadała.
Twarz lekko się jej zarumieniła ze wzruszenia, całą duszą utonęła w przypomnieniu, piła tę przeszłą rozkosz zaciętymi od bólu ustami, ale w końcu szepnęła, wstrząsając się: