— Wracajmy, tu zimno jakoś dzisiaj i nieładnie!

Odprowadził ją, przesiedział u nich cały wieczór, ale wieczór był dzisiaj jakiś strasznie długi; oboje ukradkiem spoglądali na zegar, milkli co chwila, nie wiedzieli, co mówić do siebie. To znowu, jakby odczuwając wspólny dręczący stan, starali się być dla siebie tym, czym dawniej, i wtedy zaczynały się szczebioty Lili, urywane, dyszące miłością słowa Leona, oczy im się rozpalały, wracały uśmiechy na twarze, usta zaczynały drżeć do ust, ramiona wyciągały się do objęć i słowo „kocham” drżało im na ustach i w sercach jak płomyk czarodziejski, ale go wymówić nie mogli, bo razem z tym dźwiękiem powracał dawny stan dręczącego niepokoju i obaw niewytłumaczonych. Zakrzewski, nie mogąc już wytrzymać, zapytał:

— Co ci jest?

— Nic, zupełnie nic, trochę mnie tylko głowa boli — odpowiedziała pośpiesznie.

— Znużyłaś się zabawą, potem się nie wyspałaś i przez to cię głowa boli.

— Tam się nie bawiłam zupełnie.

— Więc po cóż było siedzieć całe dwa dni? — powiedział z wyrzutem.

Nie odpowiedziała; tylko rumieniec jak cień przemknął po jej czole. Zaczęła poprawiać abażur na lampie, a on wstał, ubrał się i wyciągnął rękę na pożegnanie.

— Dobranoc.

— Dobranoc panu! — szepnęła, podnosząc się automatycznie i zaledwie dotykając końcami palców jego dłoni.