— Lwie mój, o mój dobry! mój jedyny, mój szlachetny, o życie moje! Zabij mnie, a nie pozostawiaj samą147! Zabij, a weź mnie ze sobą!...

Ale nikt się nie zjawiał, a jej żal i rozpacz rozrastały się jeszcze, więc żeby zapanować nad sobą, żeby się zagłuszyć, powtarzała ciągle:

— Musiałam, musiałam... musiałam...

I po tysiąc razy przypominała sobie, że przecież ona nie mogłaby, nie powinna zostać jego żoną, jej nie wolno zostać jego żoną. Byłaby z największym szczęściem została jego kochanką, gdyby zechciał tego tutaj, w teatrze, ale jego żoną tam, na wsi, nigdy w życiu...

Wkrótce przyszła matka i zaczęła ją uspokajać i pocieszać, i przytulać do siebie; ale odepchnęła ją szorstko i wołała z żalem:

— To mama chciała, to przez mamę jestem tak nieszczęśliwa, przez mamę...

— Jakaś ty niesprawiedliwa, dziecko, jak ty mnie ranisz głęboko... Więc ja, twoja matka, umyślnie chcę cię unieszczęśliwić, co? — Łzy zadrgały w jej głosie.

Nie odezwała się, ukryła twarz w dłonie i płakała spazmatycznie, a matka stanęła przy oknie i zapatrzona w zamglony śnieżną kurzawą świat, mówiła urywanym, pełnym boleści głosem:

— Mówiłam ci wczoraj i tłumaczyłam, dlaczego nie możesz i nie powinnaś wyjść za mąż za Zakrzewskiego, to samo powiem ci i teraz. Nie chcę cię widzieć nieszczęśliwą, dosyć już sama wycierpiałam, wystarczyć to powinno za ciebie.

— Leon mnie kocha i właśnie bez niego jestem nieszczęśliwa.