— Nie mogę... Mój Boże, mój Boże! — szeptała poczerniałymi od gorączki ustami.

— Nie kochasz mnie i nie kochałaś nigdy — zawołał namiętnie.

Nie odpowiedziała.

— Więc to wszystko było kłamstwo, komedia, flirt!

Nie odpowiedziała, tylko ręce jej bezwiednie zaczynały szukać oparcia.

— To była farsa — ta wielka miłość; farsa — twoja szczerość, farsa — twoja dobroć, farsa — twoje przyrzeczenie. Potrzebowałaś mnie za parawan! Więc to wszystko, wszystko prawda! — krzyczał.

Nie odpowiedziała.

Z największą wzgardą, pełną rozpaczy, spojrzał na nią i wyszedł, trzasnąwszy drzwiami; postąpiła za nim kilka kroków automatycznie, chciała krzyczeć, chciała biec za nim, zatrzymać — nie mogła, brakło jej sił, głosu, woli i przytomności...

Wcisnęła się w róg kanapki i tak przesiedziała do wieczora, głucha na wszystko, co się wokoło niej działo, znieczulona nadmiarem cierpienia. A potem, gdy pierwsze wrażenie przeszło, zaczęła płakać; wypłakiwała całą boleść swoją, całą boleść poświęcenia, jakie spełniła do dna.

Kochała go, jak tylko można kochać, kochała go mózgiem, krwią młodą, marzeniami, dumą kobiety, miłością dziecka, przywiązaniem niewolnicy, fantazją aktorki, sercem biednej, bezdomnej dziewczyny, dla której on był bóstwem: tak kochała i wyrzekła się go na zawsze. Myślała, że to poświęcenie nie będzie tak straszne; ale teraz, w samotności, gdy pomyślała, że on już nigdy nie przyjdzie, że już nigdy go nie zobaczy, że już nigdy nie będzie go słyszeć, nigdy czuć przy sobie, nigdy... nigdy! nigdy! Szalała z rozpaczy, wiła się z męki i przyduszonym przez nieopowiedziany strach głosem wołała: