— A co później? — zapytała znowu cichszym jeszcze głosem, odsuwając się nieco.
— Później! Będziesz moją żoną, ojciec da mi w dzierżawę jeden folwark, jak to już obiecał, i będziemy gospodarowali, a przede wszystkim będziemy się kochali — gadał rozpłomieniony i porwany bliskością urzeczywistnienia się marzeń, nie zwracał uwagi na dziwny jej stan, przypisywał go chorobie lub znużeniu. — A może w piątek niewygodnie, chcesz, to się jeszcze zatrzymamy z dzień? No, kiedy? powiedz, najdroższa, kiedy?
— Nigdy! — odpowiedziała bezdźwięcznie, ale z wielką stanowczością.
— Co? co? — nie wierzył uszom.
— Nie pojadę z panem w piątek... nie pojadę nigdy... nigdy... — powtórzyła mocniej i powstała, ręce jej opadły bezwładnie, trupio, twarz posiniała nagle i ścięła się jakby zmrożona determinacją i boleścią, a oczy patrzyły ostro, bardzo ostro, jak u ludzi, którzy śmierć spostrzegli przed sobą.
— Nie pojedziesz ze mną! Co to znaczy, co ty mówisz? Nic nie rozumiem, jak Boga kocham, nie rozumiem... Musiałem się przesłyszeć... Nie pojedziesz? — zapytał takim tonem, jakby się ona przekomarzała, i uśmiechnął się pobłażliwie i wyczekująco, że na zaprzeczenie rzuci mu się w ramiona. — Lili, nie można tak żartować, dziecko, nie można! — chciał ją wziąć za rękę, odsunęła się i takim samym, automatycznie akcentowanym głosem powiedziała:
— Nie pojadę z panem, nie mogę być pańską żoną... nie mogę...
Zrozumiał teraz od razu, że to prawda, że to nie przesłyszenie ani żarty. Upadł ciężko na kanapę i długo siedział bez myśli i bez ruchu, wpatrzony w jej twarz martwą, cały huragan bólu przeorywał mu serce; wszystkie przyczajone pod świadomością żale, wszystkie podejrzenia i miłość wszystka, i zdruzgotane marzenia, i ta nieopowiedziana żrąca rozpacz głodnej, zawiedzionej miłości, i gniew, i strach, i nienawiść — wszystko to skłębiło się w nim w wir i rozrywało mu duszę szalonym, potwornym bólem.
Lili stała wciąż bez ruchu jakby skamieniała, a łzy już nie powstrzymywane sypały się jak grad kryształów na spazmatycznie podnoszące się piersi.
— Dlaczego? — zapytał wreszcie Leon powstając.