Nie miał już czasu pytać się, dlaczego nie można, bo przyszli do domu. Lili długo mówiła z matką po cichu i coś takiego, że matka ją pocałowała w czoło, przycisnęła jej głowę do piersi i wyszła zaraz, objaśniając, że nie wie, kiedy wróci, a wychodząc, rzuciła na Zakrzewskiego spojrzenie pełne żalu i jakby wyrzutu.

— Odebrałem znowu dzisiaj list od mamy, może przeczytasz?

— Powinien pan jechać, matka musi bardzo, bardzo tęsknić za panem — powiedziała, oddając mu list po przeczytaniu.

— W piątek wyjedziemy, już wszystko obmyśliłem. Usiądź, dziecko, przy mnie.

Usiadła i patrzyła w niego ze smutkiem.

— Rzeczy spakuje się zaraz po przedstawieniu i wyślę naprzód, żeby zdążyły na kolej, a my pojedziemy pocztą145. W Warszawie staniemy rano, a stamtąd zaraz dalej, tak że u ciotki będziemy przed wieczorem. Bo ja tak obmyśliłem, pisałem nawet już do cioci o tym, zgodziła się z radością, oto zawiozę was do niej i tam zostawię; będzie tam mojej dziewczynie złotej dobrze, bo ciotka mnie kocha i jest bardzo dobrą kobietą. A ja pojadę do domu, to tylko trzy mile, a nawet polami bliżej. Matce zaraz powiem o wszystkim i przywiozę ją najdalej w niedzielę, żeby się z moją słodką panią poznała. Co? dobry plan, prawda? Uśmiechnij się, jedyna!

Pochylił się, aby ją w skroń pocałować, usunęła się i z uśmiechem łzawym, tragicznym zapytała cicho, bezdźwięcznie, przymykając powieki, aby zatrzymać gwałtem cisnące się łzy:

— A co później?

— A to już z mamą razem się umówimy. Jużci146, że do ślubu zostaniesz u siebie, żeby ludzie plotek nie robili. Ale ja będę przyjeżdżał codziennie, bo przecież nie mógłbym wytrzymać jednego dnia bez zobaczenia mojej cudnej, mojej kochanej, mojej jedynej...

I całował ją po twarzy, po włosach, wypijał łzy z oczów, gładził jej rozwichrzone włosy; nie broniła się, poddawała się z biernością i cisnęła się do niego jak dziecko pokrzywdzone.