— Ciekaw jestem, czy ją zastanę w kościele! — myślał z trwogą.
Odszukał ją w jednej z bocznych, prawie ciemnych kaplic; klęczała przed ołtarzem i modliła się z takim przejęciem, że cofnął się w cień nawy i patrzył na jej twarzyczkę cudną, napiętnowaną głębokim bólem. Łkania wyrywały się z jej piersi i łzy jak perły błyszczące zwisały czasem u czarnych rzęs i spadały na kamienną posadzkę.
W kościele było prawie pusto i ciemno, bo z gotyckich, wąskich okienek, poprzez kolorowe, zakurzone szyby, sączyło się niewiele światła i rozświecało tylko górną część naw. Cały dół kościoła tonął w mroku, w którym od czasu do czasu rozbrzmiewało jakieś głębokie westchnienie lub szept modlitwy rozpływał się od wielkich stall143 w prezbiterium144, a czasem nikły, srebrny głos dzwonka zadrgał w ciszy od bocznego ołtarza, przy którym odprawiano mszę świętą, albo dziecinny głos ministranta krzykliwie zaświegotał w odpowiedzi księdzu i milkło wszystko, i pogrążało się w ciszę i zmrok, w którym świeciły bladawozłote szaty świętych i wiły się czarne, wysmukłe pnie kolumn gotyckich.
Lili modliła się długo, nie przeczuwając nawet, że z cieniów patrzą na nią oczy kochane, że o kilka kroków stoi on, kochany nad wszystko, on, za którego całym żarem serca modliła się.
A jego tak głęboko rozrzewniła modlitwa i łzy jej, i ten wyraz męki wyryty w twarzy, że wyszedł, bo dusiło go coś w krtani.
Wkrótce wyszła, a spostrzegłszy, że czeka na nią, pobladła i podała mu rękę ze drżeniem. Przez drogę zobaczył, że jest bardzo mizerna, że jej liliowa, olśniewająco biała twarz ma jakiś szarożółty, chorobliwy ton, a cały wyraz takiego ogromnego znękania i smutku, że serce mu się ścisnęło żalem i współczuciem.
— Ty chora jesteś, Lili? Co ci jest, najdroższa? Powiedz...
— Nic mi nie jest. Wydaje się tak panu, bom mało spała w nocy.
— Nie mów mi: panie, całym sercem proszę cię o to, dobrze?
— Nie można, nie — odpowiedziała tak cicho, że ledwie usłyszał.